Chińska odpowiedź na groźby UE wobec Białorusi
Jeszcze nie przebrzmiały echa buńczucznych wypowiedzi naszych europosłów z przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Jerzym Buzkiem na czele, o polityce kija i marchewki wobec Białorusi, a już mamy odpowiedź. Chiny udzielą władzom w Mińsku pożyczki w wysokości okrągłego miliarda dolarów na korzystnych warunkach. Prezydent Aleksandr Łukaszenka odwiedził też Brazylię, gdzie został przyjęty z pełnymi honorami. Polityka UE miała polegać na straszeniu sankcjami w postaci blokady kredytów z Europejskiego Banku Inwestycyjnego i odcięcie od Partnerstwa Wschodniego (800 mln euro na sześć krajów). Marchewką miało być udostępnienie tej pomocy, ale w zamian za wprowadzenie zmian w polityce wewnętrznej.
Na tle tego co Białorusi oferują inne kraje, te groźby wyglądają groteskowo. UE nie jest pępkiem świata. Polscy politycy po raz kolejny ośmieszyli się na forum europejskim. Chcieliśmy być przewodnikiem UE na Wschodzie, a okazuje się, że tego Wschodu nie rozumiemy, nie mamy rozpoznania światowych realiów geopolitycznych i gospodarczych. W takich warunkach trudno mówić o kształtowaniu przez nas polityki wschodniej UE. Przegraliśmy Ukrainę, przegrywamy Białoruś.
Warto dodać, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który udzielił już pewnej pomocy rządowi w Mińsku wprowadził tam doradcę do spraw prywatyzacji. Ma on podpowiadać co i jak sprzedawać. Doradcą tym jest firma konsultingowa Rotshild. Jeśli do tego dołożymy informację, że USA wycofały się z pomocy finansowej dla białoruskiej opozycji, wszystko staje się jasne.
Rodzi się pytanie dlaczego w dyskusji o naszej polityce wobec Białorusi nie słychać głosu polskich kręgów gospodarczych? Dlaczego w tej materii różne kluby biznesu i stowarzyszenia przedsiębiorców milczą? Przecież to co czynią nasze elity polityczno-medialne, owładnięte jakimś rewolucyjnym amokiem, godzi przede wszystkim w polskie interesy gospodarcze. A przecież to oni płacą podatki i dają zatrudnienie. Może gdyby bardziej stanowczo przypomnieli o rzeczywistych interesach, również politykom dałoby to coś do myślenia.
Bo o Białoruś toczy się walka. Ale jest to walka o rynek zbytu i gospodarkę, a nie o Andżelikę Borys.
Bogusław Kowalski
Komentarze: (3)

No i to przecież wiemy, że nie o Borys, to doskonale wiemy. Jednak w tej “zabawie” niebezpiecznej i wstrętnej cierpią tam na miejscu ludzie wpakowani wbrew ich woli, oczekiwaniom i świadomości. Z tym trzeba coś zrobić!!!!!
A kobieta AB myśli, że to ona jest taka wielka i ważna!!!!!!!!!!!
Mity i fakty o Domu Polskim w Iwieńcu.
Z wywiadu jakiego udzielił prezes Rady Naczelnej ZPB Andrzej Poczobut. „W jego ocenie wymagania Polaków wobec władz nie są duże.
Jakie są oczekiwania Polaków wobec państwa białoruskiego?
Poczobut:- Polacy nie chcą dużo. Ludzie chcieliby, żeby była możliwość nauki w języku polskim, żeby była możliwość prowadzenia działalności kulturalnej, żeby istniały polskie organizacje, żeby można było organizować imprezy kulturalne. Jeżeli nie ma takich rzeczy podstawowych, to trudno mówić o większych oczekiwaniach.
Ile dzieci na Białorusi uczy się języka polskiego, jakie mają możliwości jego nauki?
- W tym roku był po raz pierwszy wzrost liczby uczących się języka polskiego – ponad 14 tysięcy dzieci we wszystkich formach uczy się języka polskiego na Białorusi. Są dwie Szkoły (Polskie), oprócz tego język polski jest wykładany jako język obcy w niektórych szkołach na prośbę rodziców. (…) Język polski prowadzony jest również jako zajęcia fakultatywne, dodatkowe i teraz najwięcej dzieci właśnie w ten sposób uczy się języka polskiego. Oprócz tego, działają szkoły społeczne przy organizacjach polskich, przy Związku Polaków oraz szkółki niedzielne przy parafiach.”
Trochę w tym zgrzyta i nijak ma się jedno do drugiego. Jakby nie odwrócić jedno drugiemu przeczy.
A jeszcze bardziej zgrzyta, a jeszcze bardziej oburza owo kłamstwo, że oto bój idzie o możliwość patrz: akapit pierwszy.
W całym tym nieszczęściu jakie dziś przytrafiło się Iwieńcowi, językowi polskiemu i kulturze polskiej w tymże Iwieńcu, ja miałam szczęście ubiegły rok szkolny być tam i nie tylko działalność oświatowo-
kulturalną wspierać, prowadzić ale też obserwować, wyciągać wnioski.
Trudno milczeć gdy fakty różne są od mitów. Trudno milczeć gdy opinia publiczna w Polsce mamiona jest bajkami o niedużych oczekiwaniach.
Oczekiwania bowiem państwa z grupy A. Borys daleko różne są i bynajmniej takie jak wyżej cytowane.
Nie mi o nich mówić bo ja ich nie znam. Ale wolno mi, a nawet uważam za swój obywatelski obowiązek podzielić się z moimi rodakami tym co w tej materii wiem, czego dotknęłam, doświadczyłam, na co zwracałam uwagę w rozmowach z osobami , które oddelegowane z Polski wydawały mi się władne zadziałać na miejscu by zmienić coś, coś naprawić, cóż widać nie te to były osoby.
Jednoznacznie stwierdzam mitem i tylko mitem jest dbałość o tę Polskość w wymiarze kultywacji języka, kultury, folkloru. Faktem natomiast, że osobą najmniej tymiż w Iwieńcu zainteresowaną była dyrektor Domu Polskiego. Mojemu, niekonsekwencja, przyjazdowi jakiegoś nauczyciela z Polski od samego początku gdy ta idea, bynajmniej w głowie dyrektorki, się zrodziła, przyjazdowi temu towarzyszył opór różnie manifestowany, a to opóźnieniem wysłania zaproszenia, a to innymi powodami zwłoki. W końcu nie wypadało nie zaprosić skoro sugestie były i możliwości były, nie wypadało nie zaprosić bo już byłoby to przyznaniem się do faktu, że nie o język, że nie o kulturę w działalności chodzi. (inf. Własne ze źródeł wiarygodnych, ze względu na dobro osób nie mogę upublicznić nazwisk).Stało się faktem, że do Iwieńca przybyłam.
Zaczęło się organizowanie moich (podzieliłyśmy uczniów z koleżanką miejscową nauczycielką) grup. Zaczęły się spotkania z dziećmi, młodzieżą, dorosłymi. Miałam planów wiele, wiedziałam, że po to przyjechałam by dom żył, by coś więcej się w nim działo. Trudno było łapać ludzi na ulicy, (a jakoś nie garnęli się sami, koleżanka mi mówiła, że no jakoś tak to jest, niedługo później zrozumiałam jak i dlaczego tak) ,chciałam by wiedzieli, że filmy, że spotkania, że mogą przychodzić . Jakoś opornie i szło z rozwieszeniem zaproszeń na zajęcia i dodatkowe przewidywane atrakcje, w niedzielę więc podeszłam do Ojca Lecha i porosiłam aby zapowiedział, że w domu polskim będą prowadzone dodatkowe zajęcia. No ojczulek wręczył mikrofon i kazał samej. Ludzie słuchali, widać było, że cieszą się, że są zainteresowani. Zachęcałam więc by przychodzili, by odwiedzali polski dom bo to przecie ich dom, dla nich do niego przyjechałam. Słuchali, uśmiechali się, potakiwali i tylko nie potrafiłam pojąć co się stało w tym momencie p.Sobol , była blada jak kreda i wydawała mi się jakby przerażona. Myślałam, że z tym przerażeniem to mnie fantazja poniosła, ale dziś myślę, że nie fantazja to. Śmiałam zaprosić wszystkich do szczelnie bronionej twierdzy, a jeszcze powiedziałam, że to ich dom.
Wizę miałam na miesiąc, resztę należało załatwić na miejscu. Poinstruowana w Warszawie, by nigdzie samej czekałam aż p. Sobol przypomni sobie, że nauczyciel by mógł być potrzebuje wizę. Jakoś nie wychodziło z tego czekania nic, przypomniałam i … pojechałyśmy do Wołożyna.
I tu zaczyna się opowieść o tym jak pani dyrektor Domu Polskiego walczy z reżimem o Polskość w Iwieńcu.
W sprawie przedłużenia wizy, już po drodze pani dyrektor przewiduje kłopoty, a i wygląda na to, że nie do przeskoczenia(czas ucieka- Warszawa się dziwi, pogania), w urzędzie milicji w Wołożynie pani Teresa przedstawia potrzebę wizy dla mnie w sposób na tyle pokrętny, że odsyłają nas do Mińska. Zamieszanie, konsul niby nalega, ale nie próbuje pomóc. Pracownicy konsulatu odpowiedzialni za nauczycieli szukają rozwiązań, nikt nie rozumie o co chodzi. Pani Teresa rozkładała ręce- no wiedziała, że tak będzie, że będą robić problemy, że nie dadzą. Ona zrobiła wszystko co mogła, a oni odsyłali do Mińska, nie rozumiała dlaczego. (Ale wiedziała iż nie dadzą dużo wcześniej bo wcześniej informowała miejscowych, „przyjechała ale i tak wizy nie dostanie.”)Tymczasem okres ważności kończył się. A mi coś mi nie pasowało w życzliwej postawie pań z milicji z tą ich odmową. Poinstruowana w konsulacie przez opiekunkę nauczycieli, która zebrała informacje od ludzi, (co już załatwiali takie sprawy i nie mieli problemów) jadę do Wołożyna raz jeszcze (no już nie z p. Teresą), jadę z koleżanką. Ta wyjaśnia po co mi wiza, jaki jest cel mojego pobytu, jasno i klarownie. Panie milicjantki dziwią się, że pani Teresa nie powiedziała od razu w sposób rzeczowy o co chodzi….. Wyjaśniają na czym polegało nieporozumienie i odsyłanie nas, dziwią się, są miłe rzeczowe. Pomagają, każą załatwić stosowne papierki. Obiecują, że załatwią w ponad regulaminowym czasie no papierki muszą być zanim w kwestiach wizowych one pojadą do Minska. Zaczyna się wyścig z czasem. Pierwsze kroki do riespałkoma, wyjaśniamy w czym rzecz, otrzymujemy odpowiedź będzie papier jutro na godzinę 9. Pani sekretarka wpisuje w grafik spotkań z szefem. Wracamy do Iwieńca informuję dyrektorkę, że po kłopocie, że udało się . Nie okazuje entuzjazmu, dziwi się. No już wieczorem to my z koleżanką dziwimy się gdyż p.Sobol informuje, że dzwonił rano do niej pan Bibik by poinformować, iż nie będzie miał czasu spotkać się i wydać zezwolenia na pobyt. Jesteśmy zaskoczone , mówimy p. Teresie o tym , że my rozmawiałyśmy z nim i jesteśmy umówione z nim na konkretną godzinę, ta nie potrafi ukryć wściekłości, macha rękami, blednie, czerwienieje odwraca się i dysząc ciężko odchodzi . I… tu pan Piotr (mąż pani dyrektor) wkracza do akcji rankiem następnego dnia, stwarza problemy w miejscowym urzędzie, stąd też należy wziąć zaświadczenie (on spóźnia się ok. pół godziny – co może skutkować tym iż nie zdążę do Wołożyna- jest ostatni dzień na dowiezienie dokumentów, jeśli nie zdążę muszę za tydzień opuścić Białoruś. Przychodzi uśmiechnięty, nawet nie przeprasza no gdy się okazuje, że mam środek lokomocji i nie jestem zależna od komunikacji miejskiej , a do Wołozyna zdążę, urządza pokazową awanturę pracownikom urzędu, że opieszali, że utrudniają, że skandal to, nie krzyczy, wrzeszczy i wybiega z pokoju (jedna z urzędniczek nie wytrzymała ciśnieniowo-dostała krwotoku) wytrzeszczam oczy ze zdziwienia bo ja wiem to czego pan Piotr nie wie, ponieważ się spóźnił, że dokument leży już gotowy, podpisany przez wszystkich, czekamy jedynie na niego i Domasznią knigę- ( w domu polskim dowiaduję się po powrocie, że gdyby nie jego interwencja nie byłoby dokumentów) . – co jest wielkim kłamstwem, przeinaczeniem faktów, a pracownicy urzędu, zrobili wszystko by nie było pomyłki etc. Przeprosiłam panie.
Wiza więc jest, wydaje się można spokojnie pracować. I oto zaczyna się badanie ,kto przyjechał, kim jest, kto ją nasłał, należy zbadać i wyjaśnić. (Nie powiódł się fortel , nie będzie można rozgłaszać, że władze utrudniają pobyt nauczycielom z Polski.) Pojawiają się koleżanki, niby prośba o dodatkowe zajęcia indywidualne, wyrażam zgodę, tyle, że w praktyce jakoś lekcji nie mają ochoty robić, a pogadać. Cóż to też nauka. W tak zwanym międzyczasie rozpuszcza się informacje, że ja rodzina jednego z konsuli, a raczej jego żony i to tego, który dobry nie jest bo jedynie problemy stwarza. Druga wersja, że chyba jednak rodzina pani z Warszawy, a trzecia… nasłana przez wrogie siły, bo i skąd taka życzliwość władz. A ja mówię, ano stąd, że po prostu życzliwi tam ludzie. A i przeszkód żadnych nie stwarzają, a i żadnej już później zgody na nic nie potrzeba, ani o to czy flaga może wisieć polska pytać nie trzeba, ani w niczym przeszkadzają, wręcz proponują pomoc, Pani Sobol absolutnie nie chce o tym słyszeć.
I wpadka. No fakt naraziłam się mocno, naraziłam w czasie kontroli p.poż. W Domu Polskim brak oznakowań ewakuacyjnych, zalecenie zakupić, nakleić. Pani dyrektor nazywa to szykanami i prześladowaniem, bo oni.. Powiedziałam, słysząc wyzwiska, by uspokoić ,że nie szykanują, iż w Polsce wymóg taki sam, że normalne, musi być bo i u nas kontrole i każą mandatami. W odpowiedzi pomruk złości, trzymam z władzami. Próbuję powiesić dekoracje, robię sama, teksty wierszy Norwida, sentencje wiszą w holu wejściowym kilka dni, znikają. (W międzyczasie w DP wizyta przedstawicieli parlamentu Białorusi. Pooglądali, mer poczytał, porozmawialiśmy o tym jak dobrze jest poznawać świat przez przybliżanie kultury. ) Pytam o powód usunięcia rzeczonych dekoracji, dowiaduję się pożarnicy kazali zdjąć, z komentarzem bo niczego polskiego nie pozwalają. Pytam koleżankę, mówi, że może i kazali bo u nich norma taka, że za szkłem ma być. No za szkłem nie było, mi nikt nie powiedział, że taki wymóg natomiast powiedział, że to element prześladowania. Wystarczyło foto ramki. Na marginesie foto ramki obiecała przysłać zaprzyjaźniona z DP para małżeńska działaczy Wspólnoty Polskiej z Wrocławia czy Gorzowa. Którzy to ludzie tęsknie wyczekiwani zawitali do Iwieńca, na Wszystkich Świętych (koło 5 listopada). Pomieszkali kilka dni, gdzieś jeździli, na groby też, zostali do 11 (byli pod wrażeniem uroczystości, zebrałam gratulacje przy świadkach). Dowiedziałam się od pani Ilony, że ma możliwość wyasygnowania dodatkowych funduszy, bym podała listę czego trzeba to przyśle. Listę podałam (miało być co się uda). Nie udało się nic. Widziałam ich drugi raz w Iwieńcu równo za rok, też na kilka dni. Popełnili po tej wizycie artykuł pt. Hańba, opublikowali na stronie Kresy24, a w nim zdali szczegółowy zapis, kronikarski ,wydarzeń za okres w którym w Iwieńcu nie przebywali, dzień po dniu, a i namalowali osobowy, z nazwiska imienia, psychologiczny, obywatelski portret mojej osoby, nie szczędząc przy tym epitetów i patetycznych wezwań do władz RP by takiego wroga nigdzie już do żadnego kraju, do żadnych dzieci (odsyłam na Kresy24). Opowiedzieli też barwnie historię mojego odwołania, zwolnienia jak podają przez Konsulat. W jednym się nie pomylili, że to zarząd, jakiś zarząd, bo jak już wiem ten oficjalny nie podpisał, bardzo mnie nie lubił. Zgadza się, zarząd i dyrektor i zwierzchnik dyrektora z Grodna na pewno mnie nie lubili, bardzo im byłam niewygodna.
Jak bardzo mnie nie lubili. Ano tak, że rozpowszechniali plotki, np. jako informację ze źródła wskazując konkretną osobę (która to niby w trosce rąbka tajemnicy uchyliła)p. Teresa jednym, p. Piotr innym w tym samym czasie, po mszy było, rozgłosili z aktorskim przerażeniem, że oto starsza pani (autorytet w Iwieńcu, a i ostra w języku) powiadomiła ich właśnie, że wroga mają, a ten wróg chodzi po domach i podpisy zbiera. I znów pech, słuch mam muzyczny, dotarło. Nie zastanawiając się w centrum miasteczka gdy starsza pani szła do kościoła podeszłam i zapytałam dlaczego mówi takie rzeczy, a jeśli mówi, to o jakie podpisy chodzi. Mój Boże, biedna kobieta, zdenerwowała się okrutnie. Musiałam wysłuchać co Ona myśli o autorce tej plotki i co jej mieszkańcy zrobią jak się za robotę nie weźmie. Uspokoiłam panią, przeprosiłam odeszłam. Ponoć był finał gdzieś na placu w centrum . Nie widziałam, słyszałam, nie opowiem. Później rozpuszczono informację, że chodzę wieczorami do ludzi namawiać przeciwko dyrektorowi. Nie chodziłam. Owszem wychodziłam w maju z członkiniami zespołu Kresowianka na spacery, one przychodziły też, no dopiero w maju, do mnie. Na palcach ręki policzyć można. Jestem maniakiem fotografii wszystkie wizyty udokumentowane. Gdy szłyśmy na spacer zawsze mnie odprowadzały. Zawsze było wiadomo gdzie idę z kim i kiedy wrócę, by panie na woźniówce wiedziały. I zawsze otwierały one czy pan dyżurny drzwi i zawsze widziały z kim przyszłam. Później była próba zrobienia ze mnie pijaka. No z tego to już ludzie sami się śmiali, ale starania p. Teresy były aktywne, podsuwała do podpisu oświadczenie swoim pracownikom. Nie podpisali, ani jak byłam ani jak wyjechałam kiedy próbę ponowiono. Pijakiem nie jestem, co nie znaczy, że nie wiem jak się wznosi toast i lubię piwo. Potem była próba stworzenia takiego zarządu który napisze do konsulatu pismo, że nie chce nauczyciela. Udało się dopiero pod koniec sierpnia, stworzyć . Później byłam złodziejem co to ukradł komputer. Przywiozłam laptopa i zabrałam, prywatnego. Kto nie w kursie mógł się nabrać. Nie nabrali się, ale mnie bolało. Bolało wiele. Bolało, że jestem szpiegiem, że kgbowcem, że z władzami spiskuję, bolało. Udawałam że nie wiem, robiłam swoje. A oni knuli.
Panuje atmosfera niesamowitości. Pani Teresa niekonsekwentnie, ale często ścisza głos, pokazuje palcem na sufit, mówi o podsłuchu. Informuje, że pan Jurek-pracownik DP jest na usłuchach KGB, że donosi. Na początku w to wierzę, w miarę jednak obserwacji dostrzegam, że dużo jest aktorstwa w postawie pani Teresy, że wiele sytuacji, które ona przedstawia jako represje jest wyimaginowana. Panuje atmosfera zastraszenia. Zostaję poinformowana z kim można z kim nie rozmawiać , również przez konsula, wysłuchuję barwnych opowieści o mieszkańcach Iwieńca, na tyle barwnych, że opowiem o tym w osobnym artykule.
Życie się toczy, ja robię swoje, pani dyrektor swoje. Cała jej aktywność nakierowana jest na to, jak skłócać ludzi, szczuć jednych na drugich, preparować sytuacje konfliktowe z władzami , rozpowszechnić w swoim kręgu informacje o prześladowaniach, jak wykopać tego niewygodnego intruza z Polski. Przychodzi moment gdy zobligowana do załatwienia na miejscu w Białorusi przedłużenia wizy na następny rok szkolny rozpoczynam kroki w kierunku załatwienia formalności z tym związanych. Potrzebna jest, stosowna, na piśmie zgoda p. dyrektor. Przy okazji dowiaduję się, że ciągle jeszcze nie złożyła stosownego zapotrzebowania na nauczyciela gdzie powinna, mimo monitów i pytań. Mi z kolei oświadcza, że nie mogę dostać teraz zgody gdyż konsul ma zamiar przenieść mnie do Borysowa, że musi z nim wyjaśnić. Zaczyna się znów proces opóźniania. A w tym czasie ludzie z Iwieńca zatrzymują mnie i pytają dlaczego nie chcę tu być, czy naprawdę nie umiem obsługiwać komputera i dlatego nie mogę dłużej w DP pracować. Zaprzeczam, bo i nieprawdą, że nie chcę być, ani prawdą, że nie umiem z komputerem obchodzić się. Co więcej pokazuję dokumenty świadczące, że na Akademii Ekonomicznej odbyłam dwa, podnoszące kwalifikacje, kursy komputerowe. Udaję się do konsula, pytam co dalej, czy prawdą ów Borysów, konsul zaprzecza, na moje pytania co dalej nie umie odpowiedzieć, no doradza wizę załatwiać. Kieruję sama pismo do Riespałkoma z prośbą o wyrażenie zgody na przedłużenie pobytu, zameldować mnie wyraża chęć kilka osób, wybieram Nataszę (niedługo została za to wyrzucona z Kresowianki). Otrzymuję zgodę władz rejonowych, otrzymuję więcej-list z podziękowaniem za dotychczasową pracę na rzecz krzewienia języka i kultury polskiej w Iwieńcu,(zdjęcia na stronie) otrzymuję wizę na następny rok.( Odchorowałam tą partyzantkę ciężko, no z pomocą przyszły kochane, dziś już, przyjaciółki, którym kłopotu narobiłam tym, że nie zgodziłam się zostać w szpitalu. Nie zgodziłam się gdyż wiedziałam wynikiem czego niedyspozycja, a wiedziałam też że może to być argumentem w celu wykopania mnie. I nie pomyliłam się. I dziwne, że autorzy artykułu Hańba nie wiedzą iż mieszkańcom Iwieńca, na zebraniu (zaprotokołowane) podano wersję iż p. Bożena jest zaproszona no ze względu na stan zdrowia nie będzie mogła.)
Jest zgoda władz, są jakże miłe i budujące pytania mieszkańców Iwienca czy aby na pewno wrócę, nie ma żadnych przeszkód, nie stwarza ich nikt. Jedynie dyrektorowi Domu Polskiego nie jest w dalszym ciągu potrzebny polonista. Wysyła co prawda, (z ogromnym opóźnieniem) wniosek o przysłanie n-la , no niekoniecznie polonisty, informatyka może. Wspomniałam już, że ja polonista z przygotowaniem i biegłą obsługą komputera. (zdjęcia dokumentów na stronie).Już po moim wyjeździe na wakacje szuka osób, które podpiszą jako zarząd pismo w tej sprawie. Jakiś tam zarząd, bo ten oficjalny nie podpisał, (choć kto wie, który jest jaki gdyż te tworzone są zgodnie z potrzebą) stosowne pismo podpisuje w połowie sierpnia. Na trzy dni przed moim wyjazdem do Iwieńca otrzymuję informację, że dyrektor i zarząd przysłali do Polski dokument o rezygnacji z nauczyciela języka polskiego na rok. Szk. 2009/2010. Państwo polskie natomiast poniosło już do tego czasu koszty związane z oddelegowaniem mnie tam właśnie na kolejny rok. Szk. , poniosło koszty wizy, szkolenia, po drodze do Iwieńca miałam zatrzymać się w Warszawie by podpisać gotową umowę.
Gdy jesienią przyjechałam po swoje rzeczy pozostawione w Domu Polskim (pozostały gdyż znałam decyzję strony polskiej iż po wakacjach wracam do Iwienca) spotkało mnie serdeczne przyjęcie mieszkańców i …….zakaz wydany przez małżeństwo Soboli wpuszczania do DP. Nie chcąc zniżać się do poziomu p. Sobol i jej męża, który wydzwaniał z donosami na milicję iż w Iwieńcu przebywa obywatelka Polski(mam wizę i zameldowanie ciągle jeszcze ważne) poprosiłam o pomoc za pośrednictwem konsulatu Ambasadora RP.
I tak oto dyrektor Domu Polskiego w Iwieńcu Teresa Sobol walczy z białoruskim reżimem o krzewienie Polskości w Iwieńcu, tak białoruskie władze piętrzą przeszkody, zabraniają, ograniczają to czego ludzie by chcieli. :- „Polacy nie chcą dużo. Ludzie chcieliby, żeby była możliwość nauki w języku polskim, żeby była możliwość prowadzenia działalności kulturalnej, żeby istniały polskie organizacje, żeby można było organizować imprezy kulturalne. Jeżeli nie ma takich rzeczy podstawowych, to trudno mówić o większych oczekiwaniach.”
Fakt trudno mówić .Fakt trudno zrozumieć, a jeszcze trudniej słuchać tych oszczerstw i milczeć.
Bożena Gaworska-Aleksandrowicz