USA w bliskowschodnim kotle
Z Jacobem Wallesem, ekspertem amerykańskiej Rady ds. Stosunków Zagranicznych (Council on Foreign Relations), byłym Konsulem Generalnym USA w Jerozolimie, rozmawia Bernard Gwertzman
Gdy wiceprezydent Biden był w Izraelu, minister spraw wewnętrznych Eli Yishai oświadczył, że Izrael zamierza wybudować tysiąc sześćset domów dla Żydów we wschodniej Jerozolimie, która ma być stolicą przyszłego państwa palestyńskiego. Jak Pan traktuje oświadczenie ministra?
Wydarzenia ostatnich dni pokazują, jak napięta jest sytuacja w regionie. Najpierw mieliśmy postęp, gdy specjalny wysłannik prezydenta Obamy George Mitchell oświadczył, że obie strony konfliktu zasiądą do negocjacji, którym on sam będzie przewodniczył. Dzień później atmosfera popsuła się z uwagi na oświadczenie strony izraelskiej. Moment tego oświadczenia był szczególnie niefortunny – to był pierwszy dzień pobytu Bidena w Izraelu. Pierwszy dzień wizyty, której celem było podkreślenie siły relacji izraelsko-amerykańskich. To tylko świadczy o potrzebie ciężkiej pracy jaką USA muszą wykonać, aby negocjacje były kontynuowane. I ważne, aby wizyta Georga Mitchella w regionie w tym tygodniu utwierdziła nas, że rozmowy są na dobrej drodze, pomimo wspomnianego oświadczenia.
Henry Kissinger, jeszcze jako sekretarz stanu w l. 70. powiedział, że “Izrael nie ma polityki zagranicznej, lecz jedynie wewnętrzną”. Premier Benjamin Netanyahu podobno nie spodziewał się oświadczenia ministra Yishai, który stoi na czele prawicowej partii Shas. Czy należy wobec tego interpretować wystąpienie Yishai jako próbę storpedowania rozmów z Palestyńczykami przez izraelską prawicę?
Opinia Henry Kissingera była bardzo trafna i nadal zachowuje swoją aktualność. Jedną z immanetnych cech polityki izraelskiej jest to, że rządy są koalicyjne. Premier Netanyahu reprezentuje Likud. Eli Yishai należy do partii Shas, która skupia ultra-ortodoksyjnych Żydów pochodzących ze Środkowego Wschodu. Jest też, bardziej skłonna do rozmów pokojowych, Partia Pracy. No i kolejna partia prawicowa, na czele której stoi minister spraw zagranicznych, Avigdor Lieberman. Jak pan widzi, w rządzie ścierają się bardzo różne interesy, co skutkuje jego niespójnością. Senator Mitchell wraca na Środkowy Wschód w tym tygodniu i ma do wykonania ciężką pracę, aby podtrzymać negocjacje. Nie wiem dokładnie, dlaczego oświadczenie o budowie kolejnych domów zostało wydane, szczególnie zaś, nie potrafię stwierdzić, dlaczego zostało to zrobione w pierwszym dniu wizyty wiceprezydenta Bidena. Myślę, że w ten sposób Shas wypełnia oczekiwania swoich wyborców, jednak w rezultacie doszło do zahamowania wysiłków na rzecz wznowienia negocjacji.
Biden najpierw zapewnił Izraelczyków o gwarancjach bezpieczeństwa ze strony USA, w odniesieniu do programu atomowego Iranu. Potem potępił plany budowy nowych domów. Dlaczego?
USA musiały zareagować. Jak już powiedziałem, celem wizyty wiceprezydenta było pewne uspokojenie naszych wzajemnych relacji. Administracja uczyniła wysiłek, aby w ogóle doszło do ostatniej wizyty senatora Mitchella w Izraelu, i aby komunikat o wznowieniu negocjacji został wydany przed podróżą wiceprezydenta Bidena. Po to, aby mógł skupić się na swoim celu, którym były wzajemne relacje z Izraelem i wspólna troska o irański program atomowy. Niestety, oświadczenie Yishai zmusiło wiceprezydenta Bidena z powrotem do zajęcia się negocjacjami izraelsko-palestyńskimi. Nie miał innego wyboru, jak zareagować. Innym niezbyt szczęśliwym czynnikiem było to, że oświadczenie Yishai przysłoniło jego wizytę w Ramallah i spotkanie z Palestyńczykami. Zamiast posuwać rzeczy naprzód, zakończyli rozmowy na komentowaniu wydanego dzień wcześniej, oświadczenia izraelskiego ministra. Senator Mitchell – powtarzam - wraca na Środkowy Wschód w tym tygodniu i ma do wykonania ciężką robotę, aby podtrzymać negocjacje.
Robi to w ramach tzw. „bliskich rozmów” (proximity talks) jeżdżąc między Ramallach a Jerozolimą. Kissinger, który rozpoczął te wysiłki, praktykował coś co nazywał „dyplomacją wahadłową” (shuttle diplomacy) podróżując samolotem między negocjacjami egipsko-izraelskimi, a syryjsko-izraelskimi. Czy fakt, że negocjatorzy nie siedzą w jednym pokoju, utrudnia osiągnięcie porozumienia?
To pewnie nie ideał, ale dobre i to na początek. Taki sposób jest praktyczny, skuteczny i niesie ze sobą niskie ryzyko, co ma znaczenie wziąwszy pod uwagę niejednokrotnie trudne problemy do przedyskutowania.
Ostanie sygnały mówią, że palestyńscy negocjatorzy nie będą naciskać na sfinalizowanie wycofania Izraelczyków z Zachodniego Brzegu i zaakceptują tam osadnictwo Żydów, w zamian za izraelską ziemię. Taka była koncepcja wysunięta przez prezydenta Billa Clintona. Czy obecnie jest to relatywnie łatwa część negocjacji?
Nie sądzę, aby cokolwiek było tutaj łatwe, aczkolwiek może być łatwiejsze, dzięki temu, że w kwestiach terytorialnych mamy już pewne doświadczenie. Palestyńczycy – tak jak pan to opisał – nie upierają się przy linii z 1967 roku. Zgadzają się na ustępstwa na rzecz Izraela, ale chcą w zamian rekompensaty w innym miejscu spornych terytoriów. To jest właśnie ten aspekt konfliktu, który może posłużyć senatorowi Mitchellowi do znalezienia metody na pokonanie innych różnic dzielących obie strony. Senator Mitchell to profesjonalista, czego dowiódł w Irlandii Północnej.
Netanyahu postawił co najmniej dwa warunki. Jeden to uznanie przez Palestyńczyków – stanowiących 20 procent populacji – Izraela za państwo Żydowskie. Chce również, aby oddziały izraelskie miały prawo przeciwdziałać przemytowi broni na wschodniej granicy państwa palestyńskiego. Jak Palestyńczycy odnieśli się do tych żądań?
Kwestia uznania Izraela za państwo Żydowskie jest bardzo wrażliwa dla obu stron. Nie wiadomo dokładnie co to oznacza w praktyce i to musi być wyjaśnione w dalszym ciągu negocjacji. Ostatecznym celem jest przecież pokojowe sąsiadowanie dwóch państw. Raz rozpoczęte rozmowy, nabierają tempa i żyją własnym życiem. Mając Stany Zjednoczone w centrum tych negocjacji, pozwala to wzmocnić rolę USA, kontynuować poszukiwanie możliwości oraz upewnić się, że każda z nich jest do maksimum wykorzystana tak, aby negocjacje nie znalazły się w dryfie. W kategoriach bezpieczeństwa waga tego aspektu jest oczywista. I znów, rola USA jako mediatora jest kluczowa. Będziemy musieli zrównoważyć uzasadnione obawy Izraelczyków z nadziejami Palestyńczyków na posiadanie stabilnego państwa. Celem są dwa państwa, w tym państwo palestyńskie, które – jak zaznaczył w Ramallah wiceprezydent – jako państwo sąsiedzkie musi być stabilne.
Chciałbym przejść do trudniejszych spraw. Jedną z nich jest status Jerozolimy, którą obie strony traktują jako swoją potencjalną stolicę. Pod koniec prezydentury Clintona jedni i drudzy stanęli na tym stanowisku i zdają się nie odpuszczać. Jak pan widzi sytuację obecnie?
To jedna z najtrudniejszych kwestii. Nie chodzi tu bowiem wyłącznie o wzajemne relacje pomiędzy obu państwami. W grę wchodzą aspekty terytorialne i religijne. To rodzi emocje. Miasto jest ważne dla Żydów, dla muzułmanów i dla chrześcijan z całego świata. I ważne jest, aby wszystkie strony rozmów uznały ten fakt i zdały sobie sprawę z tego, że ów powszechny sentyment do Jerozolimy musi być jakoś uszanowany. To trudne, ale musi być delikatnie – z uwagi na aspekt religijny – wynegocjowane.
A co z „prawem do powrotu” dla Palestyńczyków, których przodkowie opuścili obszary należące obecnie do Izraela, chcąc uniknąć walki w Wojnie o Niepodległość w 1948 roku? Izrael upiera się, że nie mogą wrócić z powrotem i powinni jechać do nowoutworzonego państwa palestyńskiego.
To nadal ważne i niełatwe, bo wzbudzające silne emocje, zagadnienie. Z praktycznego punktu widzenia, ta masa uchodźców palestyńskich żyjąca poza Zachodnim Brzegiem i Gazą, znalazłaby się prawdopodobnie w państwie palestyńskim. Jednak negocjacje muszą również odnieść się do uspokojenia emocji Palestyńczyków, którzy w 1948 roku przeżyli ogromną tragedię. Koniec końców, wszystkie te problemy, a więc: granice, bezpieczeństwo, Jerozolima, uchodźcy – są ze sobą związane w ten czy inny sposób. Nie da się ich rozwiązać inaczej jak w „w pakiecie”.
Tłumaczenie: Marek Bednarz, mp.info
za: www.cfr.org foto: Jacob Welles
