Prezydent – czyli kto?
Kampania prezydencka nabiera tempa i zastanawiam się, który z kandydatów najlepiej koresponduje ze światem moich pojęć. Uważam, że Polska nie ma tradycji nowoczesnego ustroju. Tradycji, a więc takiego zespołu zwyczajów i nawyków, które skutkowałyby pewnym automatyzmem racjonalnych i pożądanych, pro publico bono, działań. Nie było szansy, aby taki zespół nawyków wytworzyć. Opowiadanie, że mamy jakąś „tradycję” jest oszukiwaniem samego siebie. Jesteśmy naprawdę bardzo młodzi w stosunku do Zachodu.
Dwudziestolecie międzywojenne do którego chętnie odwołują się tzw. prawdziwi Polacy było zbyt krótkie, a i tak niejednorodne ustrojowo, bo z dwiema konstytucjami: endecką, demoliberalną, oraz – jak określa to Władysław Konopczyński –„cezarystyczną”, sanacyjną. Co gorsza, okres autorytarny, jaki rozpoczął się zamachem stanu w roku 26. obarczony został polskim wynalazkiem: porządek Konstytucji Kwietniowej został podważony w roku 36. groteskowym okólnikiem premiera o „pierwszej osobie w państwie po Panu Prezydencie”, czyli o generale Śmigłym-Rydzu. Trudno również brać pod uwagę obcych władców z okresu rozbiorów, czy Przewodniczącego Rady Państwa z PRL. Ostatnie dwadzieścia lat to w tym względzie czas nacechowany konfliktami między prezydentem a premierem, o charakterze ambicjonalnym raczej, niż jakimkolwiek innym. Mentalnie tkwimy w XVIII-wiecznej Rzeczpospolitej szlacheckiej z marionetkowym królem, którego surogatem jest obecnie Prezydent RP.
Dziesięciu kandydatów stara się teraz o ten urząd. Żaden z nich nie zająknął się dotychczas, po cóż nam urząd ten jest potrzebny. Ci, którzy liczą się w wyścigu, opanowali niemal w stopniu doskonałym mimikrę piarowską. Potrafią mówić tak, aby jednocześnie nie powiedzieć niczego i zadowolić niemal wszystkich. Ich wypowiedzi to zbitka słów, powiązanych dość luźno w ciąg logiczno-gramatyczny. Bez wizji, bez celu, bez głębszego, filozoficznego sensu. Od Sasa do lasa. Od walki z polską biedą do sojuszy strategicznych.. Na targowisku i na koncercie „charytatywnym”.
Mogą tak mówić bezkarnie, bo obowiązująca obecnie konstytucja jest bastardem spłodzonym w akcie pozornego kompromisu między odłamami lewicy: postkomunistycznej, laickiej i katolickiej. Hierachicznie sytuuje Prezydenta RP jako najwyższego przedstawiciela władzy i gwaranta jej ciągłości, a jednocześnie organ egzekutywy. Wybierany w wyborach powszechnych i cieszący się silnym mandatem społecznym, prezydent posiada tylko iluzoryczny wpływ na rząd i parlament.
Krytycy obecnego stanu rzeczy domagają się rozszerzenia jego prerogatyw. Wskazują w tej mierze na Francję, niektórzy na Rosję. Obrońcy konstytucji nie chcą wiele zmieniać, słusznie widząc w pozycji prezydenta olbrzymie możliwości wpływu nieformalnego, zwłaszcza w przypadku jednostki o silnej osobowości, jednak bez istotnej odpowiedzialności za podejmowane działania.
Ten wtórny podział władzy wykonawczej to źródło permanentnych kłopotów, związanych z rozmyciem odpowiedzialności. Efekt, zwłaszcza na arenie międzynarodowej, bywa groteskowy. Trzeba raz zdecydować, czy prezydent ma być li tylko Głową Państwa, gwarantem ciągłości władzy państwowej, czy również sprawować władzę wykonawczą, bez jej wtórnego dzielenia. Out-out. Niemcy albo Stany Zjednoczone. Wystarczy skopiować, bez polskiego ulepszania. Nic się nie stanie. Nie ma żadnej „polskiej treści”, którą trzeba koniecznie by wlać w niemiecką bądź anglosaską formę. Nie ma żadnych, „typowo polskich” rozwiązań, godnych zastosowania. Nie istnieje nic, oprócz pępowiny hańb, którą czas przeciąć.
Marek Bednarz, mp.info
