Na Węgrzech nie ma zagrożenia dla wolności słowa
Z Giborem Takicsem, analitykiem z Nezopont Institute w Budapeszcie, rozmawia Łukasz Sianożęcki , „Nasz Dziennik”:
Rząd Viktora Orbana chce przejąć kontrolę nad węgierskimi mediami?
- W nowej ustawie w mojej ocenie wcale nie chodzi o przejęcie polityczne czy partyjne kontroli nad mediami, ale wprowadzenie efektywnego nadzoru nad nimi, który będzie pozostawał we wspólnym interesie nas wszystkich. Wszystkie cele, jakie stawia sobie to prawo, czyli poszanowanie praw człowieka czy przyczynianie się do zdrowego rozwoju dzieci i młodzieży, były już wprawdzie wcześniej wspominane w ustawach (tak jak niemal we wszystkich krajach europejskich), ale ich definicje były zbyt niejasne, nieprecyzyjne, a mechanizmy, które miały je wprowadzać – zbyt słabe. To doprowadzało do nagminnego łamania tych wartości przez media, zwłaszcza przez tabloidy i liczne komercyjne stacje telewizyjne. Ponadto wszystkie procesy sądowe w sprawie tych naruszeń były bardzo mocno przeciągane, wyroki wydawane z ogromnym opóźnieniem, a nakładane kary śmiesznie niskie. Taka sytuacja nie mogła doprowadzić do żadnej zmiany. Opieszałość sądów nie gwarantowała pożądanych efektów.
Krytycy ustawy twierdzą, że po wejściu nowych przepisów załamie się wolność słowa na Węgrzech.
- Nowe prawo stara się przywrócić równowagę pomiędzy wolnością prasy a innymi fundamentalnymi prawami. Jest to, jak mogę ocenić z zapisów ustawy, bardzo trudny proces. Równie trudno jest się pogodzić władzom medialnym z jakimś “politycznym” nadzorem. Wynika to pewnie z tego, że definicja sankcji, jakie im grożą za złamanie już wcześniej obowiązujących praw, jest zdecydowanie bardziej precyzyjna. Dziś muszą być świadomi tego, że łamiąc prawo, okazaliby się zwyczajnie głupi. Już dziś obserwujemy reakcje płynące z poszczególnych gazet czy ośrodków medialnych, niezadowolonych z takiego obrotu sprawy, które próbują się przedstawiać jako “pierwsze ofiary totalitarnego rządu Fideszu”.
Mówi się także o totalitarnych zapędach premiera, a ustawa medialna jest tylko pierwszym krokiem w tym kierunku. Co sądzi Pan o takich oskarżeniach?
- Z moich obserwacji wynika, że krytyka ta jest zdecydowanie przesadzona i spowodowana wzmożoną aktywnością licznych lobbystów sprzyjających poszczególnym mediom. Do dziś było im zdecydowanie łatwiej uciekać od odpowiedzialności prawnej za naruszanie przepisów, dlatego też w społeczeństwie zrodził się fałszywy obraz, że sytuacja, w której absolutnie nikt nie kontroluje mediów, to normalny obrót spraw. Oznaczało to, że pojęcie wolności prasy zrównywano z promowaniem dowolnych treści o dowolnych porach, co przecież jest społecznie całkowicie nieakceptowane. Pozwolę sobie tutaj przytoczyć przykłady emisji programów rozrywkowych, tzw. talk-shows, w ciągu dnia zawierających naprawdę wulgarne słownictwo i poruszających wulgarne treści tylko i wyłącznie po to, by przyciągnąć przed telewizory jak największą publiczność. W tę kwestię wpisuje się także sprawa tabloidów, które wprost kpią sobie z ofiar przestępstw, publikując ich zdjęcia na pierwszych stronach czy w inny sposób naruszając prywatność i dobre imię wielu, ale to wielu ludzi. Prawie żadnej z tych osób nie było stać na długi proces i mało kto uzyskał odszkodowanie od tych gazet.
Lewica podnosi, że państwu członkowskiemu Unii Europejskiej nie przystaje wprowadzać tak rzekomo opresyjnego prawa.
- To zjawisko określane mianem “kontroli politycznej” nad mediami można zaobserwować w licznych dokumentach państw europejskich. Takie przykłady można by mnożyć. W naprawdę wielu krajach mamy podobne organizmy nadzorujące media, które wybierane są przez parlament, co w efekcie sprawia, że rządząca partia kontroluje media. Jak to będzie wyglądać w naszym kraju? Opozycja i media lewicowo-liberalne, które – nie oszukujmy się – stanowią naprawdę ogromny procent środków masowego przekazu na Węgrzech, już dziś głośno wyrażają swoje niezadowolenie. Dzięki temu, że Fidesz posiada w parlamencie 2/3 większości, ma pełne prawo i możliwości do powołania takiego ciała, jakim jest Rada ds. Mediów. Aby jednak być sprawiedliwym, należy przypomnieć fakt, iż socjaliści z rządu Gyurcsnya w 2008 roku przedstawili prawie identyczną ustawę, która również zakładała powstanie ciała nadzorującego media, mającego zbliżone możliwości do tego, jakie powstało obecnie, ale wówczas lewica nie miała wystarczającej większości, aby przyjąć ten projekt.
Rozumiem, że uważa Pan, iż projekt ten jest potrzebny, ale nie pozbawiony wad?
- Kwestią dyskusyjną jest przyznawanie Radzie mandatu na tak wiele lat. Kadencja trwająca aż dziewięć lat oznacza z jednej strony pozostawanie u steru naprawdę długo jednej ekipy z nadania jednej partii. Z drugiej gwarantuje jej niezależność. Tę niezależność możemy zaobserwować na przykładzie sędziego Istvana Stumpfa, mianowanego do Trybunału Konstytucyjnego przez Fidesz na początku ubiegłego roku, który od początku swojej kadencji orzekał wielokrotnie wbrew interesom obecnego rządu. Tak więc on, mimo że był ministrem w pierwszym rządzie Orbana, przyjął swoją funkcję, całkowicie odcinając się od swoich kolegów partyjnych, i postawił ją nad interesem swojego byłego ugrupowania. Podobnie może być ze wspomnianą Radą.
Dziękuję za rozmowę.
Za: naszdziennik.pl
