„Klątwa generała Denikina” już w połowie listopada!

armyNajnowsza książka Jana Engelgarda „Klątwa generała Denikina” ukaże się już w połowie listopada. Poniżej drugi fragment powieści:

 Na południe od Briańska, 14 października 1919

 Całe szczęście pogoda tego ranka była słoneczna. Wiał lekki wiaterek od południa, było ciepło. Siemiński i Wierzba byli przy swoim LVG C.VI od godziny. Dopilnowali tankowania paliwa, sprawdzili sprzęt fotograficzny, stan amunicji, i umocowanie czterech bomb, które wzięli na wszelki wypadek. Jeszcze raz studiowali mapę. Przed 7.00 przyszedł do nich Napierała.

- Panowie, dzwonił płk. Szylling, życzył wam powodzenia. Obiecał urlopy do Poznania.

- No to jest wiadomość! – wykrzyknął radośnie Siemiński. – Zdzisiek, na pewno zrobimy wszystko, żeby tu wrócić.

- W to nie wątpię. Jak wiatr – będzie wam sprzyjał?

- Raczej tak, ma kierunek południowo-zachodni, to da nam jakieś 30 minut dodatkowego lotu. Myślę, że w dwie godziny będziemy na miejscu. Z powrotem będzie nieco trudniej, ale tak obliczymy, żeby starczyło paliwa.

Obaj piloci byli już bardzo ciepło ubrani, założyli czapki pilotki i wsiedli do maszyny. Silnik zaskoczył od razu, mechanicy wyjęli spod kół klocki i dali znać, że można lecieć. LVG C.VI powoli zaczął toczyć się po murawie lotniska. Ustawił się w pozycji startowej i na znak chorągiewką ruszył do przodu. Po chwili był już w powietrzu. Zatoczył koło nad lotniskiem i wziął kurs na wschód.

- Z Bogiem – pożegnał ich Napierała.

 

***

 

Najpierw lecieli nad torem kolejowym z Bobrujska do Żłobina. Tę trasę znali dobrze. Zauważyli pociąg pancerny, który nękał Bobrujsk od dobrych dwóch tygodni. Siemiński miał ochotę zbombardować go, ale wiedział, że nie może tego zrobić. Przed nimi była daleka droga. Wszedł na 3500 metrów i pilnował, żeby nie zbaczać z trasy. Poniżej oczom pilotów rysował się piękny krajobraz – pożółkłe od jesieni lasy, liczne jeziorka i bagna. Kiedy zobaczyli na horyzoncie Żłobin, lekko skręcili maszynę na wschód, biorąc kurs na Briańsk. Po pewnym czasie Siemiński zauważył kolumny wojskowe – lekko zniżył lot. Była to piechota i samochody pancerne – wojska te kierowały się na południowy-wschód. Widział jak żołnierze odwracają głowy i patrzą w górę. Wydawało mu się, że wygrażają mu pięścią, ale nie było czasu na bardziej wnikliwe obserwacje. Siemiński znowu wzniósł maszynę na 3500 metrów. Spojrzał na wskaźnik szybkości – lecieli 180 km na godzinę. „To dobra prędkość” – pomyślał.

Po niecałych dwóch godzinach po raz pierwszy zobaczył na horyzoncie dymy unoszące się po prawej stronie. Nie mógł się mylić – powoli docierali na pole bitwy, która decydowała o losach Rosji i świata. Tuż przed Briańskiem Siemiński zmienił kurs i skierował maszynę na południowy-wschód. Na mapie miał zaznaczoną czerwoną kropką miejscowość Nawla. Zniżył ponownie wysokość. Zauważył duże zgrupowanie wojsk – z samochodami pancernymi, a na prawo od nich kawalerię. Postanowił przelecieć nad piechotą. Był na tysiącu metrów. Czerwone sztandary łopotały na samochodach, zniżył się jeszcze bardziej. I wtedy przeczytał napis na samochodzie pancernym – „Łatyszskaja Dywizja”. Znowu wzniósł samolot, odwrócił się do Wierzby i dał mu znać palcem, że ma zrobić zdjęcia. Zatoczył koło na łotewskimi strzelcami. W kolumnie idącej ostro do przodu zapanowała panika, Łotysze sądzili, że polski samolot będzie strzelał. Rozbiegli się z drogi do rowów, niektórzy zaczęli strzelać. „Pewnie rozpoznali, że to nie ich samolot” – pomyślał Siemiński. Przechylił maszynę na prawe skrzydło i zbliżył się do kawalerii bolszewickiej. Było jej sporo – jakieś 2 tysiące koni. Zanotował w zeszycie.

Za linią lasu, nad którym przelecieli zauważył oddział kawalerii – jakieś 50 koni. Byli na dużej polanie. Nagle z lasu wyłonił się szwadron jazdy z czerwonym sztandarem i zaczął szarżować na oddział znajdujący się na polanie. Siemiński szybko zorientował się, że to czerwoni atakują jakiś zwiadowczy oddział białych. Nie namyślał się długo – dał znać Wierzbie, żeby ten przygotował karabin maszynowy. Nadleciał nad oddział czerwonej jazdy od frontu, na wysokości zaledwie 100 metrów. Terkot karabinu maszynowego uzmysłowił mu, że Wierzba strzela. Zrobił jeszcze jedno koło i zaatakował czerwonych tym razem od tyłu. Wierzba wyrzucił dwie bomby, z których jedna rozerwała się między atakującymi. Przy trzecim kręgu zauważył, że czerwoni w pośpiechu uciekają, zostawiając na polu co najmniej 10 zabitych i rannych. Biali, którzy obserwowali tę walkę w pewnej odległości, zaczęli gorączkowo machać czym się tylko dało. Siemiński postanowił zobaczyć ich bliżej i zniżył wysokość do 100 metrów. Był w armii rosyjskiej, więc bez trudu zauważył co najmniej pięciu jeźdźców w mundurach dobrze mu znanych. Reszta oddziału to byli kozacy, też ich poznał. Szybko zlustrował teren, nad którym leciał – polana była ogromna, teren w miarę suchy, mógł łatwo wylądować. Ustawił maszynę pod wiatr i lekko posadził na ziemi. Zgasił silnik i wyskoczył z samolotu. Wierzba na wszelki wypadek został przy karabinie maszynowym.

Jeźdźcy szybko zbliżyli się do polskiego samolotu. Na ich czele jechał młody oficer w mundurze Dywizji Drozdowskiej.

- Czołem! – krzyknął. – Kim jesteście?

- Polski samolot zwiadowczy z Bobrujska, porucznik Siemiński z I Eskadry Lotniczej, a wy kto?

- Boże drogi! Polacy? Z Bobrujska? A gdzie wasze wojska, idziecie nam na spotkanie?! – pytał rozgorączkowany rosyjski oficer, który zsiadł z konia i podszedł do Siemińskiego. – Przepraszam, panie poruczniku, nie przedstawiłem się – kpt. Andriej Igorowicz Biełozierski, dowódca Batalionu Dywizji Drozdowskiej. Mówi pan płynnie po rosyjsku.

- Tak, byłem oficerem lotnictwa w waszej armii, a potem w I Korpusie Polskim. Nie czas na wspominki. Zaraz muszę lecieć z powrotem, bolszewicy mogą wrócić.

- Ale na Boga, gdzie są wasze wojska? My od kilku dni jesteśmy atakowani przez nowe jednostki bolszewickie. Toczy się decydująca bitwa pod Orłem, a nasza dywizja została zaskoczona atakiem na lewą flankę. Ja z tymi kozakami znaleźliśmy się w okrążeniu i jedyna droga wiodła na północny-zachód, ale tu nie mamy chyba większych szans.

- Na pewno, po drodze widziałem duże zgrupowanie kawalerii – jakieś 2 tysiące koni, a wcześniej kolumny dywizji łotewskiej.

- Łotysze tutaj? Jakim cudem?! Przecież oni byli daleko. Jak to możliwe, żeby bez przeszkód tutaj przyszli? Puściliście ich?! – Biełozierski niemal zaczął szarpać Siemińskiego za poły kurtki.

- Panie kapitanie, niech się pan uspokoi. Nasze wojska stoją na Berezynie i na razie nie planujemy żadnej ofensywy, z tego co wiem. Musicie sami sobie poradzić. Ja mogę was tylko osłonić i zaatakować jazdę bolszewicką jak będę wracał.

- Co pan mówi!? Stoicie na Berezynie? To przecież niedaleko stąd!? Czy wy nie rozumiecie, że przegrywamy bitwę o Moskwę?!  Puściliście bolszewików, którzy są teraz tutaj i nas biją. Boże, a tam w Warszawie moja siostra czeka na nasze wspólne działania. A wy? Zdradziliście nas, przyglądacie się jak giniemy!

Siemiński był wstrząśnięty – nie wiedział co powiedzieć zrozpaczonemu rosyjskiemu oficerowi, na tym polu, gdzieś koło Nawli. Spojrzał na resztę konnych – byli nieludzko zmęczeni, brudni i zrezygnowani. Większość nie wiedziała co się dzieje, ciężko oddychali i wpatrywali się w rozmawiających.

- Panie kapitanie, ja jestem tylko żołnierzem, nie ja wydaję rozkazy. Mogę jednak pana zapewnić, że po powrocie do Bobrujska zamelduję o wszystkim co tu widziałem moim przełożonym.

 Biełozierski opuścił zrezygnowany głowę.

- Oczywiście, nie mam do pana pretensji. Mogę pana prosić o przysługę?

- Proszę bardzo.

- Niech pan w Warszawie pójdzie do mojej siostry, nazywa się Maria Sobolewska, mieszka na Królewskiej 29a i powie pan jej, że Andriej walczy, i że pan mnie widział żywego, tutaj, na tym polu na południe od Briańska.

- Zapewniam pana kapitana, że zrobię to przy pierwszej okazji. Na nas czas, bolszewicy wrócą tu lada chwila, musicie uciekać, na południe, nie widziałem ich tam.

- Nie mamy wyjścia, ale nasze oddziały są daleko, nie wiemy gdzie. A my i nasze konie nie mamy już sił…

Siemiński ścisnął rękę kapitana Biełozierskiego i wsiadł do maszyny. Udało mu się łatwo uruchomić silnik. Spojrzał na kozaków i rosyjskich oficerów. Stali i patrzyli na niego, wszyscy. Nie mógł znieść tego wzroku. „Niech to jasna cholera” – zaklął i zwiększył obroty silnika. Za chwilę był już nad polaną. Zatoczył koło na Rosjanami i wziął kurs na Bobrujsk. Paliwa miał na ponad dwie godziny lotu. Odetchnął – powinno starczyć.

Komentarze: (1)

 

  1. Fragment dyskusji na temat polsko-rosyjskich relacji na początku XX wieku:

    „polski.blog.ru:
    Denikin, Mackiewicz i Giertych mieli rację: należało robić sojusz z chrześcijańską Rosją.

    Antoni Denikin o swym ojcu, Iwanie Denikinie (1807-1885), majorze wydzielonego korpusu straży granicznej, urodzonym we wsi Orzechówka w guberni saratowskiej, w rodzinie feudalnych chłopów i wziętym w 1834 r. „w rekruty”:

    „W 1863 roku zaczęło się polskie powstanie. Oddział, którym dowodził ojciec był rozlokowany na granicy z Prusami, w rejonie miasta Piotrków Trybunalski. Z okolicznymi polskimi mieszkańcami ojciec był w dobrych stosunkach, często bywali u siebie. Niedługo przed powstaniem sytuacja w kraju stała się bardzo napięta. Krążyły wszelkiego typu plotki. Posterunek graniczny otrzymał doniesienie, że w jednym z majątków, z którego właścicielem ojciec był na przyjacielskiej stopie, odbywa się tajne posiedzenie zjazdu konspiratorów. Ojciec wziął ze sobą pluton straży granicznej i rozmieścił go w ukryciu wokół dworu z krótkim nakazem:

    - Jeśli za pół godziny nie wrócę, atakować dom!

    Znając rozkład pomieszczeń, wszedł prosto do salonu. Zobaczył tam wielu znajomych. Nastąpiło ogólne zamieszanie… Niektórzy z nie znających ojca rzucili się, by go rozbroić, ale inni ich powstrzymali. Ojciec zwrócił się do zebranych:

    - Ja wiem, po co tu jesteście. Ale jestem żołnierzem, a nie donosicielem. Kiedy mi przyjdzie z wami walczyć, wtedy już nie szukajcie zmiłowania. A właśnie zaczęliście wielką głupotę. Nigdy nie dacie rady rosyjskiej potędze. Wygubicie tylko na próżno mnóstwo swoich ludzi. Zastanówcie się, póki nie jest za późno.

    I poszedł. (…)

    Jak wiadomo, polskie powstanie zaczęło się 10 stycznia 1863 roku i zakończyło się w grudniu zupełną klęską. Jego skutkiem były konfiskaty mienia, wielkie zsyłki na Syberię i w ogóle zaprowadzenie w kraju bardziej surowych porządków.

    W 1869 roku ojciec przeszedł na emeryturę w stopniu majora. A po dwóch latach ożenił się po raz drugi z Elżbietą Teodorówną Wrzesińską (moja matka). O zmarłej pierwszej żonie ojca w naszej rodzinie prawie się nie mówiło; zdaje się, że to małżeństwo było nieudane.

    Moja mama – Polka, pochodziła z miasta Strzelno, zabór pruski, z rodziny zubożałych chłopów małorolnych. Los poprowadził ją do pogranicznego miasteczka Piotrków, gdzie szyciem zdobywała dla siebie i dla swojego starego ojca środki do życia. I tam poznała się z ojcem.” (Denikin A. I., Droga rosyjskiego oficera, Moskwa 1991 – fr. tłum. G. Grabowski).

    Całość:
    Denikin Antoni Iwanowicz, Droga rosyjskiego oficera. (To wydanie w pełni odpowiada, włącznie ze słowem wstępnym, książce opublikowanej w 1953 roku w USA.):

    http://militera.lib.ru/memo/russian/denikin_ai/index.html

    Polecam. Porozumienie z synami Marii Blank i Dawida Bronsteina nie było możliwe, natomiast porozumienie z prawosławnym synem szwaczki Wrzesińskiej – jak najbardziej.”

    Źródło: http://jednodniowka.pl/news.php?readmore=369

Zostaw komentarz