Bolesław Świderski (1912-1969)
Od redakcji: 7 stycznia br. minęła 100. rocznica urodzin działacza narodowego Bolesława Świderskiego (1912-1969). Obszerny szkic biograficzny na jego temat opublikujemy w następnym numerze MP (nr 5-6). Dzisiaj przypominamy wspomnienie o B. Świderskim autorstwa Jana Dobraczyńskiego zatytułowane „Śp. Bolesław Świderski”. Oto ten tekst:
Drogi Janku – pisał – dziękuję za kartkę i życzenia, które wraz z żoną odwzajemniamy jak najserdeczniej… W Warszawie będę po 20-tym bm., to zadzwonię do ciebie…”
List przyszedł przed kilkoma dniami. Czekałem na telefon. Nie zadzwonił. Zadzwonił natomiast ktoś inny. Powiedział, że przed chwilą przyszła wiadomość z Londynu o nagłej, najzupełniej nieoczekiwanej śmierci Bolesława Świderskiego.
Bolka poznałem chyba w 1937 r. Przyjechałem wtedy do Warszawy (jeszcze się nie skończył okres mego pobytu w Lublinie gdzie musiałem odbywać trzyletnią „kwarantannę” broniącą mnie od prześladowań ze strony sanacji) na zebranie jury nagrody, jaka miała być przyznana przez tygodnik „Prosto z mostu”. Jury składało się ze stałych współpracowników pisma. Byli dobrze mi znani: Stanisław Piasecki, W. Wasiutyński, K. L. Frycz, J. Mosdorf, A. Mikułowski, J. Bajkowski, W. J. Grabski. Oprócz nich spotkałem kogoś nowego: młodego, trochę sztywno trzymającego się człowieka. „To kolega Świderski – przedstawił Staszek – sekretarz naszej redakcji”. Świderski był nie tylko sekretarzem redakcji – także członkiem ruchu narodowo-radykalnego.
Widzieliśmy się potem jeszcze kilka razy. Nadeszła wojna. Na miejsce „Prosto z mostu” powstała „Walka”. W pierwszym jej składzie znaleźli się: Piasecki, Bajkowski, Mosdorf, Mikułowski i ja. „Co się dzieje ze Świderskim?” – zapytałem kiedyś. „Świderski? Został schwytany przez Niemców przy próbie ucieczki na Węgry. Pojechał do Oświęcimia”.
Ludzie wtedy znikali i nikomu nie wydawało się to niczym dziwnym. Współpracownicy „Walki” ginęli jeden za drugim. Mosdorf trafił również do Oświęcimia i tam żył nieoczekiwanie długo tylko dlatego, że opiekował się nim Świderski, który jako jeden z pierwszych więźniów obozu potrafił sobie wyrobić rozmaite „chody” i dzięki nim mógł organizować pomoc dla drugich. Staszek Piasecki został aresztowany podczas pierwszej wpadki „Walki”. Trafił na Pawiak, potem na polanę palmirską. Bajkowski został w tajemniczych okolicznościach zamordowany na Wale Miedzeszyńskim w okresie scalania NOW i ZWZ. Mikułowskiego gestapowski szpicel poznał na ulicy. Aresztowany nie wyszedł już z Pawiaka. Zginął Frycz. Wasiutyński znajdował się za granicą. W kraju przeżyliśmy tylko my dwaj: Grabski i ja. W Oświęcimiu przeżył Świderski, choć przebywał w obozie przez całą wojnę.
Spotkałem go w 1959 r. w Londynie. Nie poznałem go w pierwszej chwili w tym wysokim, pełnym mężczyźnie, zawsze ubranym na czarno i zawsze z parasolem w ręku, jak dziesiątki tysięcy gentlemenów londyńskich. W Londynie posiadał własne wydawnictwo i własną księgarnię. Zachodziłem często do niego, słuchałem jego projektów i poglądów. Był emigrantem, a jednak nie uważał się za emigranta. Nie chciał zerwania z krajem. Przeciwnie: doceniał wartość zmian, jakie się w Polsce dokonały. Marzył o powrocie. Uważał jednak, że poza krajem znajduje się wiele cennych, wartościowych jednostek i należy tych ludzi, jeśli już nie sprowadzić do kraju, to przynajmniej uczynić z nich sojuszników sprawy polskiej, związać ich z ojczyzną więzią kulturalną. Jego wydawnictwo zajmowało się wydawaniem najlepszych pozycji polskich, jakie powstały na emigracji – a które nie miały szans na wydanie w wydawnictwach, gdzie wrogość do Polski Ludowej była warunkiem wydania. Jednocześnie jego księgarnia sprowadzała i sprzedawała wydawane w kraju książki oraz pisma.
Emigracja polityczna patrzyła krzywo na Świderskiego, ale przez pewien czas nie zwalczała go otwarcie. Był potrzebny jako wydawca. Naciskano jednak na niego, aby nie afiszował się zbyt ostentacyjnie z książkami wydawanymi w kraju. Gdy przyjechałem do Londynu w 1959 r. Świderski miał jeszcze swój kiosk w jednym z polskich lokali. Z okazji mego przyjazdu wyłożył na ladzie moje książki. Otrzymał za to surowe upomnienie. Nie on jeden. Gdy w tym samym lokalu zjadłem obiad z pułkownikiem Wachnowskim-Ziemskim zostaliśmy podpatrzeni przez jakiegoś faceta, który napisał potem w rubryce skandali o tym, że jeden z bohaterów powstania popełnił gruby nietakt „całując się publicznie z reżymowym katolikiem”.
Świderski nie ograniczył się do wydawania i sprzedawania książek. Mimo niezwykłych trudności ekonomicznych z jakimi od początku walczył – bo nie należy się łudzić, że emigranckie wydawnictwo nie będące filią żadnego ośrodka politycznego przynosiło zyski i zaledwie pozwalało na wyżycie – postanowił wydawać pismo. Zadanie wydawało się nad siły. Ale Świderski był zawsze człowiekiem, który mierzył siły na zamiary. Jego „Kronika” miała stać się trybuną dla najlepszych piór na emigracji, wedle bardzo liberalnego wachlarza i miała publikować wypowiedzi, które łączyło tylko jedno: serdeczny, pełen zrozumienia i troski stosunek do ojczystego kraju.
„Kronice” nie był łatwo rozpocząć pracę. Jeszcze trudniej stało się później, gdy menerzy politycznego życia na emigracji zrozumieli, że organ Świderskiego jest wyzwaniem rzuconym wszelakim „niezłomnym” którzy wybrali siebie i swoje ambicje, a nie borykającą się z trudnościami ojczyznę. Gdy Świderski zdołał zebrać garść współpracowników w kraju i na obczyźnie, jego przeciwnicy rozpoczęli z nim zaciętą bezpardonową walkę. Świderski nie lubił się skarżyć i tylko z półsłówek jakie rzucał, domyślić się można było metod postępowania tych którzy z nim walczyli. On był sam zupełnie sam, nie popierany przez nikogo – oni mieli otrzymywane z różnych źródeł fundusze. Ale Świderski podjął walkę. Płacił za to zdrowiem, którego nigdy nie kontrolował, napiętymi do bólu nerwami, brakiem pieniędzy na zwykłe domowe życie. Przeciwnicy szli tak daleko, że przekupywali drukarzy angielskich, by nie drukowali „Kroniki”. Aby móc istnieć, Świderski musiał kupić własną drukarnię. Walczył z furią, z energią, z zaciekłością. Ten nastrój przebijał czasami przez pisane przez niego znakomite publicystycznie artykuły. Nikt nie pamiętał, że ich autor ma za sobą Berezę potem prawie 6-letni pobyt w Oświęcimiu, potem zawziętą walkę o własną – tylko własną – koncepcję.
Wierzyłem, że liczy się z powrotem do kraju, ale byłem zaskoczony, gdy, coś przed dwoma laty, powiedział mi, że już wraca. Szukał tylko ludzi, którzy by przejęli i dalej poprowadzili pismo. Zaledwie przed miesiącem sprawa została załatwiona. W ostatnim liście do mnie pisał: „Likwiduję się definitywnie… Chyba w ciągu 3-4 miesięcy będę wreszcie wolny”. Jeszcze raz – ostatni – miał przyjechać do Polski jako gość. Zatelefonował, że odkłada przyjazd na parę dni. Następnego dnia już nie żył. Obozy i walka zniszczyły jego siły. Wróci do Polski – w trumnie…
Wieczny odpoczynek daj Boże jego duszy a ciału miejsce w ziemi dla której walczył i którą kochał.
Jan Dobraczyński
(„Słowo Powszechne” nr 106, 2. 05. 1969, s. 4.)
