Nie staniemy się „Gazetą Polską”
Wymiana poglądów jest czymś nader pożądanym, nawet spory mogą wnosić wiele – ale kiedy przekształca się to w etykietowanie i nie podejmowanie w ogóle dyskursu merytorycznego, wtedy nie ma to sensu. Skoro kol. Tomasz Miszczuk (w dwóch zamieszczonych na naszym portalu tekstach) tak chce dyskusji na tematy bieżące, to bardzo dobrze, myślę, że wtedy pewnie mniej będzie między nami polemik. Tylko że on sam zarzucając komuś jakiś „paleoendecyzm”, sam jest niewolnikiem schematów z przeszłości, bo wmawia sobie i innym, że lepsza niż endecka jest tradycja z końca XVIII wieku, rodem z Konfederacji Barskiej, w której myślenie zostało zastąpione odruchami i polityczną głupotą. Kończy zaś legendą o „żołnierzach wyklętych”, którzy mają być – w jego mniemaniu – kwintesencją i zwieńczeniem drogi obozu narodowego, co jest oczywiście wierutnym kłamstwem. Poza tym zdaje się kompletnie nie rozumieć, że pisanie o historii ruchu narodowego, o jego myśli i ludziach – nie jest żadnym „paleoendectwem”, tylko utrwalaniem dziedzictwa tego wielkiego obozu.
Z drugiej strony, jak mawiał znany historyk – „fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki”. Dlatego spór o historię nie jest tylko fanaberią i dziwactwem, to także spór o teraźniejszość. I tu kol. Miszczuk w pełni reprezentuje ową „fałszywą historię”, zgoła obcą – prawie w całości – tradycji obozu Narodowej Demokracji. Reprezentuje nurt, który lansuje „Gazeta Polska”, pismo starające się od samego początku zohydzić to, co było istotą myślenia narodowego i nadać mu „nową treść”. Ta wizja tradycji narodowej każe wskazywać jako jedynych reprezentantów „prawdziwego obozu narodowego” ludzi z lasu. Sęk w tym, że nurt ten stanowił w wielkich dziejach 100-letnego ruchu narodowego margines, a sami działacze narodowi (myślę o SN) uznawali go także za szkodliwy i kompromitujący. Jeśli 90 proc. publikacji na temat ruchu narodowego są to teksty o powojennym NSZ i podziemiu zbrojnym – to trudno się dziwić, że pozostali narodowcy zaczynają się jawić entuzjastom tej opcji jako co najmniej podejrzani. Jest to aberracja i fałszowanie historii.
Odniosę się także do wątku rosyjskiego, który kol. Miszczuk podał jako przykład na „paleoendectwo”. Przepraszam bardzo, ale znowu autor udaje, że niczego nie rozumie, albo naprawdę nie wie co jest grane. Pisałem o tym już nie raz, bo młodzi teoretycy „neoendecji” już od kilku lat wmawiają nam, tak jak kol. Miszczuk, że jakoby jesteśmy „anachroniczni”. W tekście „Młodzieńcze uproszczenia” (blog, luty 2010) pisałem:
„Problem w tym, że formułowane przez autora tezy i wnioski są – przynajmniej w odniesieniu do publicystyki na łamach „Myśli Polskiej” – całkowicie chybione i wynikają zwyczajnie z niezrozumienia tego co piszemy (za innych nie biorę odpowiedzialności). Pragnę autora poinformować, że twórczość Romana Dmowskiego w odniesieniu do Rosji znam dobrze (patrz mój szkic „Roman Dmowski wobec Rosji”[w:] „Myśl polityczna Romana Dmowskiego”, Warszawa 2009, ss. 67-100). Nie musi więc autor „odkrywać”, że Dmowski Rosji raczej nie lubił a o Rosjanach miał zdanie negatywne. Bo nie o lubienie czy nielubienie tutaj chodzi. Uczucia w tym przypadku nie mają nic do rzeczy, chodzi bowiem o politykę i interesy narodu polskiego. Oczywiście, że w okresie walki o niepodległość Polski orientacja Dmowskiego na Rosję miała charakter taktyczny, a nie np. uczuciowy czy dogmatyczny. Jednak błąd popełniają także ci, którzy sądzą, że Dmowski po odzyskaniu przez Polskę niepodległości uznał, że „karta rosyjska” to już tylko pieśń przeszłości.
Dmowski nie dawał wskazań, jak politykę polską względem Rosji przyszłe pokolenia mają prowadzić, ale generalna tendencja była jasna – „to najtrudniejsze z zadań naszej polityki” i że Rosja będzie „trwałym, nadto pierwszorzędnym czynnikiem położenia naszego państwa”. Z dzisiejszej perspektywy widać, że te dwie kluczowe uwagi są jak najbardziej aktualne. Tymczasem co robi tzw. polska polityka? Wiemy doskonale – zamiast usilnie dążyć do ułożenia sobie dobrych stosunków z Rosją, do – jak mówił Dmowski – wejścia „na równą drogę z Rosją” – zaplątaliśmy się w beznadziejną grę, której celem ma być eliminacja Rosji jako podmiotu politycznego z obszaru Europy Wschodniej. Ta „polityka” jest wypadkową polskiego kompleksu antyrosyjskiego i zamówienia na taką politykę płynącego z zewnątrz. Klęska takiej polityki jest aż nadto widoczna, a kto tego nie dostrzega, niech się nią nie zajmuje. Stopień rusofobii przypomina czasy, kiedy Polska była pod panowaniem rosyjskim. I wtedy z tym zjawiskiem Dmowski walczył, bo to mu przeszkadzało w realizacji jego planów. Cóż powiedziałyby dzisiaj, kiedy Polska nie jest w żadnym stopniu pod rosyjskim panowaniem – a rusofobia kwitnie? To takie same zjawisko jak „antysemityzm bez Żydów”. Taka mieszkanka resentymentów z ewidentną prowokacją.
Reasumując – nie piszmy bzdur, jakoby „Myśl Polska” z uporem maniaka proponowała „kurs na Rosję” czy „sojusz z Rosją”. Dzisiaj nie jest to ani realne, ani nikomu potrzebne, Rosji także. Polska jest w strukturach zachodnich (NATO i UE) i pewnie długo w nich pozostanie. Rosja nie jest dziś Polsce potrzebna jako przeciwwaga dla Niemiec, bo Niemcy nie stanowią dla nas takiego zagrożenia jak 100 lat temu, a ponadto Niemcy i Rosja prowadzą obecnie politykę maksymalnego zbliżenia. My domagamy się tylko zwinięcia beznadziejnej tzw. polskiej polityki wschodniej (promowanie na siłę Ukrainy jako „strategicznego” partnera, o kaukaskich szaleństwach obozu neoromantycznego nie wspominając), uznania realiów, czyli tego, że Rosja jest najważniejszym partnerem Polski na Wschodzie. Czyli – mówiąc prościej – skorelowania polskiej polityki z polityką Francji i Niemiec, nastawionej na stopniowe wkomponowanie Rosji w coś na kształt „Wielkiej Europy” (od Atlantyku po Pacyfik). I to nie my uprawiamy anachronizm, lecz piewcy polityki prometejskiej powołujący się – zresztą w sposób całkowicie bezzasadny – na Giedroycia czy Mieroszewskiego”.
Koniec cytatu – po dwóch latach jestem zmuszony to znowu przypomnieć, bo głupstwa i brednie pojawiają się co rusz z innych ust, tym razem kol. Miszczuka. Prosiłbym bardzo o nie sianie zamętu i pisanie nieprawdy, bo to tylko kompromituje autora takich opinii. Jeśli ktoś nie chce uznać tradycji myślenia narodowego, bo wydaje mu się, że to „anachronizm” i „muzeum” – to niech się od tej tradycji odetnie, a nie wmawia z uporem maniaka, że jej spadkobiercy źle zrozumieli Dmowskiego, i że lepszym spadkobiercą jego myśli był np. Lech Kaczyński. I niech nie piszą, że publicyści „Myśli Polskiej” nawiązujący do tej tradycji, to jacyś egzotyczni goście na łamach. Naokoło nas jest całe multum pism i portali, które piszą to samo co kol. Miszczuk. I nie są to bynajmniej portale „endeckie”. Czy my mamy dołączyć do tego chóru? Mamy stać się takimi samymi bezrozumnymi, grającymi na emocjach i fałszywych mitach – tubami jedynie słusznej partii? Czy mamy wyrzucić na śmietnik działaczy ND nie pasujących do wzorca patrioty stworzonego przez „Gazetę Polską” i zostawić tylko „Burego”, „Ognia” czy „Bohuna”? To pytanie retoryczne. A kol. Miszczukowi doradzałabym więcej pokory, bo o ruchu narodowym wie niewiele, a wypowiada się z taką pewnością siebie, jakby zjadł na badaniu jego dziejów zęby.
Jan Engelgard
Na zdjęciu: R. Dmowski i J. Zamoyski w drodze na podpisanie Traktatu Wersalskiego.
