Jak komuniści zamordowali 100 tys. akowców?
Dariusz Bohatkiewicz to dziennikarz zaangażowany ideowo, jego celne i precyzyjne komentarze są przykładem tego, jak realizuje się w praktyce „wolność słowa” w „wolnej Rzeczypospolitej”. Oczywiście ironizuję – albowiem dziennikarz ten to raczej przykład tendencyjności i zacietrzewienia. Pewnie nie jego to wina, skoro te „komentarze” są tolerowane przez kierownictwo TVP. Ale dzisiaj nie o komentarzach pana redaktora, tylko o podawaniu nieprawdziwych faktów.
Wiadomości TVP 1, 14 lutego, godz. 19.30. Informacja Bohatkiewicza o 70. rocznicy powstania Armii Krajowej. Wszystko ładnie i pięknie. Dochodzimy jednak do końca materiału i słyszymy: „Po wojnie komuniści zamordowali 100 tys. akowców”. Kiedy kolega poinformował mnie o tym mailem, nie uwierzyłem. Przecież to niemożliwe, żeby w głównym wydaniu „Wiadomości”, w telewizji publicznej, przy oglądalności kilku milionów ludzi – podawać takie bzdury! Myliłem się, kolega odtworzył mi ścieżkę dźwiękową i usłyszałem na własne uszy: „komuniści zamordowali 100 tys. akowców”.
Zadałem sobie trud odtworzenia – jak red. Bohatkiewicz tworzył tę „informację”? Oczywiście posługiwał się Internetem. W informacji agencyjnej jest, owszem, o 100 tysiącach, ale brzmi to tak: „Straty AK wyniosły ok. 100 tys. poległych i zamordowanych żołnierzy, ok. 50 tys. zostało wywiezionych do ZSRR [w rzeczywistości 27 tys. – JE] i uwięzionych, np. w Riazaniu, Borowiczach i Ostaszkowie (…) Żołnierze AK byli prześladowani przez władze komunistyczne, zwłaszcza w okresie stalinizmu, wielu z nich skazano na karę śmierci lub wieloletniego więzienia”. Tak więc liczba 100 tys. dotyczy całej wojny, choć jest to bardzo niezręcznie połączone z informacją o wywózkach po 1945 roku i można całą informację różnie interpretować. Gdyby red. Bohatkiewicz czytał dalej, to doczytałby, że po wojnie „wielu akowców skazano na karę śmierci”, ale nie pada żadna cyfra. Co to znaczy „wielu”? Jak wynika z badań naukowych, wyroków śmierci w okresie stalinowskim wydano ok. 3-5 tys. Nie wszystkie wykonano, i nie wszyscy osądzeni byli akowcami. Możemy więc mówić o szacunkowej liczbie ok. 2 tys. zabitych.
Ale red. Bohatkiewicz uznał, że 100 tys. to brzmi bardziej dramatycznie, i dopisał do wiadomości agencyjnej: „zamordowani przez komunistów”. W ten sposób osiągnął kilka celów. Po pierwsze, nadał informacji dramatyczny rys; po drugie niemiecka okupacja w tej optyce wydaje się sielanką; po trzecie wykazał czujność podając informację zgodną z obecnym trendem „polityki historycznej”. Tylko co to ma wspólnego z rzetelnością dziennikarską? Jeśli informuje się miliony ludzi, którzy nie mają wiedzy historycznej, to trzeba wykazać minimum uczciwości i dobrze przygotować materiał. Wystarczyło pogrzebać nawet w tymże Internecie, a wtedy okazało by się, że i liczba 100 tys. zabitych podczas wojny akowców także jest drastycznie zawyżona. Naukowcy szacują, że w czasie wojny zginęło ok. 25-30 tys. akowców (w tym 18 tys. w powstaniu), choć i te cyfry są kwestionowane (niektórzy podają 13 tys. zabitych w powstaniu i do 20 tys. w podziemiu, ale tu nie wszyscy polegli byli akowcami). Te liczby są i tak wstrząsające, bo za każdym przypadkiem kryje się tragedia narodu. Podanie prawdziwych danych bynajmniej jej nie pomniejsza.
Ale po co zawracać sobie głowę, przecież te „100 tys. akowców zamordowanych przez komunistów” brzmi o wiele lepiej. A poza tym – kto się tym oburzy? Kto narazi się na podejrzenie, że „wybiela UB” i pomniejsza skalę terroru? Ja się oburzam, bo nie lubię, jak ludziom robi się wodę z mózgu, kłamie w żywe oczy i na każdym kroku podkreśla się, jak to dawniej „fałszowano historię”. A teraz to niby co się dzieje – sama prawda i tylko prawda?
Jan Engelgard
PS. Jeśli mowa o 100 tysiącach, to tylu mniej więcej było akowców, członków Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBoWiD) w okresie PRL (po 1956 roku). Ale kto poda teraz taką informację?
Komentarze: (2)

Oglądałem to samo – i przecierałem uszy. Zupełnie szczerze byłem pewien, że to niemożliwe i musiałem się przesłyszeć. Kolega Redaktor potwierdza, że faktycznie można było takie bzdury wygadywać w głównych wiadomościach.
“dawniej „fałszowano historię”. A teraz to niby co się dzieje – sama prawda i tylko prawda?”
Spójrzmy prawdzie w oczy: wyczyn Bohatkiewicza świetnie się mieści w konwencji postoświeceniowej polskiej historiografii i związanej z nią publicystyki historycznej.
“OŚWIECENIOWA TRANSFORMACJA W HISTORIOGRAFII EUROPEJSKIEJ
…na Zachodzie rozpoczęła się, obejmująca również historiografię, wielka intelektualna transformacja Oświecenia. Ów wielki nurt kulturowy, który określi całą epokę dziejów Europy, zainicjowany w ostatnim dwudziestoleciu XVII w. w Holandii, rozszerzył się najpierw na Anglię, później ogarnął Francję – od lat trzydziestych następnego stulecia wysunęła się ona na jego czoło – a następnie Niemcy. (…)
Oświecenie przyniosło zasadniczą zmianę kategorii historycznego myślenia, która stała się podstawą dla rozwoju nowego, oświeceniowego dziejopisarstwa. (…) Wielu myślicieli Oświecenia żywiło przekonanie, że najogólniejszym prawem świata społecznego jest prawo postępu. (…) Racjonalistyczna krytyka Oświecenia stawiała sobie przede wszystkim na celu weryfikację tych wszystkich tradycji, na których opierała się dotychczasowa wizja świata. Nie powstrzymała się przed niczym: poddając krytyce Pismo Święte i tradycję kościelną podważała podstawy tradycyjnego chrześcijańskiego światopoglądu. Przede wszystkim jednak krytycznie weryfikowała historyczną legitymację, do której odwoływał się istniejący porządek społeczno-polityczny. (…)
W czasie burzliwych debat Sejmu Czteroletniego, w środowisku Kuźnicy Kołłątajowskiej zrodził się radykalny reformatorski program, zmierzający do wyzwolenia ludu i ustanowienia w Rzeczypospolitej nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego. (…) orędownicy tej koncepcji starali się wykorzystać historię jako oręż do walki o jej realizację. Wprawdzie nie stworzyli własnej historiografii w pełnym tego słowa znaczeniu, jednak piórami tak znakomitych autorów, jak Hugo Kołłątaj (1750-1812) i Franciszek Salezy Jezierski (1740-1791) rozwinęli świetną publicystykę, w której przedstawili własną, całościową interpretację naszych dziejów. Uznali oni, że od śmierci Zygmunta Augusta Polska zatrzymała się w marszu na szlaku postępu, jakim dotychczas kroczyła razem z Europą i wkroczyła na drogę regresu, która doprowadziła ją do sytuacji rozwojowego zacofania. (…) Uważali więc, że jeśli Rzeczpospolita ma ocalić swą egzystencję, powinna pilnie przystosować stosunki krajowe do „robót całej Europy” (H. Kołłątaj). (Odtąd) głównym obszarem, na którym toczyła się walka o nowy kształt myślenia Polaków, była historia Polski…”
(A. F. Grabski, Zarys historii historiografii polskiej, Poznań 2000.)
Wychodząc z fałszywego założenia (”od śmierci Zygmunta Augusta Polska zatrzymała się w marszu na szlaku postępu, jakim dotychczas kroczyła razem z Europą i wkroczyła na drogę regresu”), historiografia postoświeceniowa, zapoczątkowana przez Ignacego Potockiego i ks. Hugona Kołłątaja (”O ustanowieniu i upadku Konstytucji 3 maja”), naginała obraz przeszłości do potrzeb propagandowych lobby prozachodniego w Polsce (czyli prorewolucyjnego, promasońskiego, pronapoleońskiego, prosocjalistycznego – w tym proliberalnego), które dążyło zawsze do “całkowitego przekształcenia Polski”, upodobnienia jej do porewolucyjnego, antychrześcijańskiego Zachodu i było zawsze wrogie antyrewolucyjnej, konserwatywnej i chrześcijańskiej Rosji oraz współpracy katolickiego narodu polskiego z chrześcijańskim narodem rosyjskim.
Stąd fałszywe stwierdzenie: “komuniści zamordowali 100 tys. akowców” jest tylko kolejnym ogniwem w krępującym nas od ponad 200 lat łańcuchu prozachodniej propagandy. Bo już lobby prozachodnie postarało się wcześniej, by polskie masy identyfikowały słowa “komunista” czy “Związek Sowiecki” ze słowem “Rosjanin”.
Co także jest wielkim postoświeceniowym fałszem.